Żółte lampy i psy Pawłowa

Nie było ucieczki od tych rzeczy. Oboje nadal mieszkaliśmy w tym samym małym mieście, a jej nowe mieszkanie znajdowało się przy ulicy, którą regularnie jeździłem. Gdy je mijałem, naj­bardziej denerwowały mnie dwie żółte lampy na werandzie. Wy­dawało mi się, że zawsze się świecą i że zaraz zeskoczą z weran­dy i mnie złapią. Nie mogłem przestać zastanawiać się, co robiła Sally.

Czy była w domu?

Czy ktoś był z nią?

Czy była szczęśliwa?

Czy tęskniła za mną?

Czy chciałaby, żebym do niej wpadł?

Zaczęło mnie to wkurzać, chciałem pójść i zgasić te cholerne lampy. Dobrze sobie radziłem, gdy nie wspominałem i nie zasta­nawiałem się nad jej odejściem. Czułem się lepiej, kiedy byłem skupiony na bieżących sprawach i ludziach w moim życiu. Chcia­łem zamknąć za sobą przeszłość. Żółte lampy werandy mnie przy­bijały. Dotarło do mnie któregoś dnia, że byłem od nich uzależ­niony i nie dużo bardziej odporny na prawa stymulacji i reakcji niż psy Pawłowa.

Uświadomienie sobie tego pomogło mi się wyzwolić. Byłem zdolny stanąć obok i zobaczyć siebie kontrolowanego przez dwie żarówki. Śmiałem się z siebie, wyobrażając to sobie. Przyznanie tego przed sobą umożliwiło wyrwanie się z ich szponów. Niedłu­go potem ich przyciąganie zniknęło i więcej nie zwracałem na nie uwagi, przejeżdżając obok. Znów stały się po prostu tym, czym były: dwoma lampami.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.