Archive for the ‘Zrozumienie, zaakceptowanie i wybaczenie’ Category

Koniec z obwinianiem

Wybaczenie polega na tym, by nigdy w pierwszej kolejności nie obwiniać drugiej osoby. Wina nie jest tu ważna.

Twój gniew może powstrzymywać cię przed chęcią ułatwie­nia życia byłemu partnerowi i nieobwiniania go za to, co się stało, co oznaczałoby dla ciebie szybsze uzdrowienie. Jeśli nie ma ob­winiania i różnych gierek, pozwoli to wam lepiej się ze sobą ko­munikować, ponieważ nie będziecie obarczeni ukrytymi preten­sjami. Uraza, chęć zemsty i inne chore uczucia zawsze są gdzieś w podświadomości, dopóki nie przyjdzie wybaczenie. Nie ma wolności bez przebaczenia, ponieważ tkwienie w obwinianiu jest jak trzymanie w ręku rozżarzonego węgla, który będzie cię za­wsze palił od wewnątrz i powodował ból. Nie potrzebujesz tego. Twoje życie nie musi tak wyglądać, jeśli tylko wybaczysz.

Zanim na nowo zacząłem cieszyć się życiem, musiałem naj­pierw pozwolić sobie na smutek. Wiedziałem, że nie od razu otwo­rzę się na nowy związek. Pewne rzeczy należało najpierw wyja­śnić. Musiało minąć trochę czasu. Potrzebowałem zajrzeć w głąb siebie i poznać się lepiej oraz oczyścić umysł ze wspomnień, ob­razów, symboli i miejsc, które kojarzyły mi się z naszą miłością.

Wybaczyć nie znaczy zapomnieć

Pamięć jest trwała, zwłaszcza jeśli zostałeś zraniony. Wystar­czy raz się sparzyć, by pamiętać, żeby drugi raz nie dotykać roz­grzanej powierzchni. Większość ludzi, którzy sparzyli się w miło­ści, boi się ponownie zaangażować. Na szczęście pragnienie przy­należenia jest zwykle silniejsze niż strach przed zranieniem. Dla­tego możemy znowu zaufać. Ale aby obdarzyć zaufaniem drugą osobę, najpierw trzeba uwierzyć sobie. Musisz być pewien, że prze­trwasz trudny okres, a wtedy stopniowo poczujesz chęć ponow­nego zaryzykowania.

Pamiętaj:

  • nie chcesz być zraniony,
  • to nie była twoja wina,
  • uczysz się na doświadczeniach,
  • zawsze masz wybór.

Oprócz tego wiedz, że:

  • jesteś w stanie obdarzyć drugą osobę głęboką miłością,
  • jesteś wart miłości,
  • każdy człowiek jest inny – nie musisz wybierać osoby po­dobnej do poprzedniej,
  • chcesz być kochany, umieć kochać i wciąż rozwijasz w so­bie tę umiejętność,
  • ludzie się zmieniają,
  • życie jest ryzykowne,
  • możesz przetrwać,
  • życie uczy nas elastyczności,
  • możesz się zmienić.

To, że raz zostałeś zraniony, nie znaczy, że historia się powtó­rzy. Musisz być jednak świadom, że może się tak zdarzyć. Pamię­tając o tym, będziesz silniejszy.

Wybaczanie

Nie musisz wybaczać swojemu byłemu partnerowi, jeśli nie chcesz. Pamiętaj jednak, że jeśli tego nie zrobisz, osobą, którą ukarzesz, będziesz ty sam. To proste: nie przebaczając, nie po­zwalasz sobie na uzdrowienie.

Co oznacza brak przebaczenia? Świadczy o tym, że:

  • wciąż czujesz gniew,
  • wciąż nosisz w sobie urazę i nadal jesteś ofiarą.

Możesz dokonywać wyboru co do wszystkich swoich myśli i uczuć. Możesz zadecydować, że nie będziesz doświadczał tok­sycznego wpływu nieuleczonej urazy.

Istnieją dwa powody, dla których ludzie nie chcą wybaczyć. Powinieneś przyjrzeć im się dokładnie, jeżeli również dla ciebie jest to problem.

  1. Jeśli nie wybaczasz, wciąż czujesz złość, ból i słabość. To nie pozwala ci dojść do pełnego uzdrowienia. Myś­lisz, że w ten sposób siebie ochronisz, jednak na dłuż­szą metę taka postawa jedynie nie pozwala ci się roz­wijać.
  2. Nie wybaczając, pozwalasz sobie na obwinianie drugiej osoby, uważając, że jest ona odpowiedzialna za to, co cię spotkało. Masz nadzieję, że inni będą ci współczuć lub odrzucą twojego byłego partnera. Jest to jednak tyl­ko fantazja spowodowana chęcią zemsty.

Oba te powody działają przeciwko twojemu dobremu samo­poczuciu, szczęściu i uzdrowieniu. Niezdolność do przebaczenia oznacza życie przeszłością – nie zaczniesz nowego życia, jeśli nie przebaczysz.

Akceptacja

Istnieją dwa poziomy akceptacji, które musisz osiągnąć na dro­dze do uzdrowienia.

Trzeba zaakceptować to, że związek się rozpadł. Ozna­cza to uznanie faktu. Poziom ten można osiągnąć, gdy już przestanie się oszukiwać samego siebie i straci wszelką nadzieję na odbudowanie związku. Sam osią­gnąłem go po weekendzie w Conway, gdy wyszło na jaw, że moje wysiłki są bezskuteczne.

Trzeba zaakceptować osobę, która odchodzi. Jest to głównie kwestia serca, ale związana silnie z twoją po­stawą i twoim systemem emocjonalnym. Niezaprzeczal­nym faktem było to, że Sally się zmieniła i przechodziła trudne chwile niepewności. Wiara, że nie była złośliwa, ale starała się po prostu uporządkować swoje życie, uła­twiła mi zaakceptowanie jej jako osoby, mimo że mnie porzuciła.

Uszanowanie decyzji Sally sprawiło, że poczułem się silniej­szy, ponieważ byłem tym ?dobrym facetem”. Zaakceptowałem fakt, że robiła to, co musiała i że robiła to w najlepszy możliwy sposób. Wiedziałem, że już mnie nie kocha, nawet jeśli jeszcze wciąż jej na mnie zależało. Wiedziałem również, że nie chciała już konty­nuować naszego związku. Potwierdziła się stara prawda, że gdy zmienia się jedna z osób, zmienia się cały związek. Musiałem to zaakceptować.

Nie trzeba być geniuszem, żeby stwierdzić, że nie byłoby do­brze pozostawać w związku, w którym nie doświadczałem miłości i poświęcenia, których potrzebowałem, pragnąłem i byłem w sta­nie dać. Wreszcie się przebudziłem i powiedziałem sobie: ?Kto chce być tak traktowany? Na pewno nie ja! Lepiej będzie zakończyć ten związek. Zasługuję na coś lepszego”. Zobaczyłem prawdę i na nowo zrozumiałem starą sentencję: ?Prawda cię wyzwoli”.

Problemy egzystencjalne

Myślę, że Sally przechodziła pewne załamanie. Sądzę rów­nież, że kryzysy często są wstępem do dalszego rozwoju. Zrozu­miałem, że skoro chciała odejść, musiała być na drodze ustalania ważnych rzeczy w jej życiu i że potrzebowała na nowo określić siebie. Na pewnym etapie wszyscy staramy się wykorzystać nasz potencjał i słyszymy wewnętrzny głos, wzywający nas do wyra­żenia naszej pełni, naszej pasji, kreatywności i ciekawości. Jest to wewnętrzne pragnienie odkrycia samych siebie i życia pełnią. Te poszukiwania mogą być również pełne niewłaściwych odczuć, takich jak niezdolność do bliskości lub poświęcenia się albo wra­żenia, że ?wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”. Mimo tego wszyst­kiego istnieje w nas silna potrzeba odkrywania samych siebie. Celem jest zdrowie, dobre samopoczucie i spokój. W większości przypadków nie chcemy zaspokoić swoich potrzeb ani stać się takimi, jakimi pragniemy być, kosztem innych osób. Przypusz­czam, że te wewnętrzne głosy (czy podpowiada je anioł, czy dia­beł) są powodami, dla których ludzie odchodzą ze związków. Wierzę, że w każdym z nas jest pragnienie spokojnego, szczęśli­wego życia. Wciąż dążymy do stworzenia go dla siebie sposoba­mi, jakie uznajemy za najlepsze.

To ja odszedłem z mojego poprzedniego związku z byłą żoną Nancy. Zmagałem się z poczuciem winy i negatywną samooceną, próbując zachować się odpowiednio i dotrzymać przysięgi ?do­póki śmierć nas nie rozłączy”. Czułem się wciąż przytłoczony poczuciem winy i rozdarty pomiędzy tym, co powinienem, a tym, co chciałem zrobić. Po sześciu latach szczerej komunikacji z Nan­cy, w tym również po terapii małżeńskiej, zrozumiałem, że nie wrócimy już do harmonii, która wcześniej cechowała nasze mał­żeństwo. To borykanie się i końcowy wybór tego, czego chciałem, pomogły mi później zrozumieć, że tak też musiała się czuć Sally, kiedy zrezygnowała z naszego związku (pomińmy zrozumienie – to wciąż boli jak diabli).

Teraz widzę wyraźniej, jak musiała cierpieć Nancy, kiedy od­szedłem. Doceniam to, że pokazała mi, iż można uszanować dru­gą osobę i pozwolić jej odejść, nawet gdy jest to ostatnia rzecz, której by sobie człowiek życzył. To było wielkie poświęcenie z jej strony. Jej przykład pomógł mi zbudować nową relację między nami i dzielić rodzicielskie radości i troski. Do dziś jesteśmy wspie­rającymi się przyjaciółmi. Można rozstać się w zgodzie, nadal szanować drugą osobę i na nowo określić relacje z nią, jeśli tylko nie jest się zaborczym.

Wymyślanie historyjki

Musiałem mieć jakąś opowieść. Było dla mnie ważne móc ja­koś wyjaśnić moim przyjaciołom, co się stało ze mną i z Sally. Chciałem utrzymać poczucie własnej wartości i nie obwiniać się. ?Ze mną musi być coś nie tak” już nie miało sensu. Kiedy szuka­łem powodów poza sobą i znajdowałem je, pocieszony i upewnio­ny stwierdzałem: ?to nie była tylko moja wina”.

Taka wiara była ukojeniem dla mojego cierpienia.

Pierwszym założeniem, które przyjąłem, było to, że powód na­szego rozstania stanowiła różnica wieku. Nikt nie mógł zaprze­czyć oczywistym dysonansom między nami.

Niektóre z nich ujawniły się od razu.

  1. Ja miałem 47, a ona 32 lata.
  2. Ona była gotowa na robienie kariery niezależnie od miejsca zamieszkania, ja chciałem być na miejscu, by mieć kontakt z mo­imi czterema synami.
  3. Czy chciała mieć dzieci? Ze mną?
  4. Gdzie byłby nasz dom? Czy zapuściłaby korzenie na moim terenie?
  5. Jaką byłaby macochą?

Wszystkie te problemy były ważne i skomplikowane. Myślę, że ją niepokoiły.

Nacisk na Sally wywierały również inne czynniki. Porzuciła pracę, karierę i dom, by przyjechać i żyć ze mną, podczas gdy:

a)   mój rozwód nie był jeszcze sfinalizowany,

b)    moi synowie nie uznawali jej jako macochy; byli lojalni wobec swojej matki i mieli nadzieję, że do niej wrócę,

c)   Sally czuła, że otoczenie traktuje ją jako ?tę drugą”, która rozbiła moje małżeństwo i rodzinę.

Byli w naszym środowisku tacy, którzy oceniali ją, ale także tacy, którzy oceniali mnie. Dla Sally było to szczególnie stresują­ce, zwłaszcza w jednym przypadku: gdy jej starania o pracę, do której miała wszelkie kwalifikacje, odrzucono tylko dlatego, że mieszkała ze mną bez ślubu.

Wystarczyła jedna czy dwie takie negatywne oceny, by utwier­dziła się w przeświadczeniu, że wszyscy myślą w ten sam sposób. Zawsze szczyciła się swoim wizerunkiem zawodowym, więc utrata szacunku innych była silnym ciosem w jej poczucie własnej war­tości. Była osobą społeczną i przyjaźń oraz szacunek, zwłaszcza kolegów z pracy, były dla niej bardzo ważne.

Ponieważ nie miała pracy, pojawił się również problem zwią­zany z pieniędzmi. Przez ostatni rok naszego bycia razem nie pozwalała sobie na wiele rzeczy. Niezależność stała się jej głów­nym celem, a nasz związek zszedł na drugi plan.

Zrozumienie, zaakceptowanie i wybaczenie

Potrzebowałem powodów, nawet wymówek. Musiałem mieć coś, w co mogłem wierzyć, by utrzymać ład w moim życiu. Gdy­bym mógł znaleźć w zewnętrznych okolicznościach powód roz­stania, złagodziłoby to zwątpienie w siebie samego i zagubienie, które odczuwałem. Potrzebowałem informacji, a Sally nie mogła mi powiedzieć, co się z nią działo. Być może nie chciała mnie ra­nić lub sama była zagubiona.

Zastanawiałem się:

Co się u diabła stało?

Jak mogła mnie zostawić?

Czy byłem ślepy?

Musiałem domyślać się, co się stało. Początkowo myślałem, że powodem był ten tajemniczy mężczyzna, którego poznała i któ­ry był jeszcze wspanialszy ode mnie. Mogło tak być, ale czułem, że chodzi o coś ważniejszego. Wyglądało na to, że Sally zmieniła siebie, a nie partnera, jakby wstąpiło w nią coś dziwnego, wobec czego byłem bezsilny. Prawie nie mogłem się z nią dogadać, na­wet gdy rozmawialiśmy w cztery oczy.

Nie miało znaczenia, jak się zachowywałem, co czułem, co mó­wiłem. Jedyne, co było jasne, to fakt, że odeszła. Ale dlaczego?

Wracałem myślami do okresu na kilka miesięcy przed tym, zanim zauważyłem, jak bardzo denerwowały ją rzeczy mnie wy­dające się drobiazgami, np.: zostawianie czasem przez moich sy­nów tłustych śladów palców na drzwiach lodówki lub na białej ścianie. Mimo że dało się je łatwo usunąć gąbką, Sally przesadnie ich krytykowała. Myślę, że zanadto wszystko wyolbrzymiała. Za­cząłem zauważać, że zrobiła się bardziej spięta i zestresowana. Między nami również było więcej konfliktów.

Z perspektywy czasu myślę, że przeżywała wówczas trudno­ści osobowościowe i zadawała sobie pytania: ?co ja robię w tym związku?”, ?dokąd to zmierza?”, ?dokąd ja zmierzam?”.

Ponieważ nie wiedziałem, co mam zrobić, aby to naprawić, a Sally nie mogła mi tego wyraźnie przekazać, próbowałem sam się domyślać.