Archive for the ‘Odrzucenie duchów przeszłości’ Category

Spojrzenie z boku

Mężczyźni w naszej kulturze są znani z braku umiejętności spojrzenia w głąb siebie. Zdolność tę trzeba rozwijać, co zabiera sporo czasu. Dzięki niej odnajdujemy siebie i otwieramy się na najgłębsze pragnienia i najszersze wizje.

Aby wejść w ten stan refleksji, potrzebujemy trochę czasu w odosobnieniu. Czasu, by się uspokoić i oderwać od spraw, które przykuwają naszą uwagę do przyziemnej codzienności. Kiedy je­steśmy w stanie z dystansem spojrzeć na nasze sposoby i kierunki działania, widzimy, jak wiele możliwości otwiera się przed nami.

Wszyscy mamy zdolność do przyjrzenia się z boku temu, co robimy. Ta refleksja nad naszymi doświadczeniami jest motorem zmian, ponieważ patrząc z oddalenia możemy ocenić nasze za­chowanie i zadecydować, jacy chcemy być. Potrafimy zobaczyć szerszy kontekst, wyobrazić sobie przyszłość i pomyśleć, jakimi ścieżkami chcemy dojść do celu.

Dzięki obserwowaniu siebie zobaczyłem swoją rozpacz z dys­tansu.

Spójrz na Dwighta. Został zraniony. Zobacz, jak znosi ból. Czy jego reakcje nie są interesujące? Działają na niego te żółte lampy na werandzie. On wciąż ma nadzieję, że Sally wróci.

Zaczynałem widzieć, jak przechodzę przez etap rozpaczy. Świadomość tego była mi niezwykle pomocna. Wyjście poza sie­bie i moją sytuację pozwoliło mi zdystansować się od bólu i zagu­bienia, z którymi się borykałem. Obserwując siebie, widziałem swój ból i smutek, jednak zaczynałem również precyzyjniej do­strzegać najlepszą drogę i najlepsze rozwiązania.

Co wywołało obrazy z przeszłości

Po oczyszczającym doświadczeniu Nantucket zrozumiałem, w jaki sposób te wszystkie symbole wywoływały wspomnienia i obrazy z przeszłości. Zacząłem rozumieć, jak mogło to pomóc uwolnić uczucia, których wcześniej nie dopuszczałem do świa­domości. Mój ból wystarczająco się zmniejszył i czułem, że mogę już pogodzić ze sobą to, co było i obecną rzeczywistość.

Natykanie się na listy, zdjęcia i prezenty jest okazją do wypła­kania się i wypełnienia etapu rozpaczy. Błędem byłoby wyrzuca­nie z myśli tych obrazów i symboli oraz unikanie wspomnień. Uni­kanie jedynie wzmacnia siłę tego, o czym staramy się zapomnieć.

Pojąłem, że wypłakać się nie oznacza uniknąć bólu, ale zagłębić się w niego, oczyścić i zostawić za sobą.

Mój ostatni wpis z Nantucket był głosem determinacji i jed­nocześnie afirmacją.

Znajdę innego anioła w tym raju na ziemi, ponieważ chcę na­dal kochać życie i ponieważ wiem, że są inni, którzy też tak czują.

Wspominanie Nantucket

Nantucket była klejnotem w naszych romantycznych podró­żach z Sally. Wiedziałem, że jeśli jeszcze kiedykolwiek pojadę na tę wyspę, zrobię to po to, żeby wymazać dawne obrazy i wspo­mnienia i zbudować nowe. Zdawałem sobie sprawę, jak ważne będzie zaprzestanie kojarzenia miejsc i rzeczy ze wspomnieniami. Nie chciałem, żeby Nantucket wisiało nade mną niczym te dwie lampy. Nie chciałem również umacniać żadnych symboli ani du­chów z przeszłości. Jeżeli miałem być wolny, musiałem sam poje­chać na wyspę. Wiedziałem, że jeśli nie stawię czoła mojemu bó­lowi – on nie minie. Pojechałem więc w maju na dwa tygodnie do Nantucket, by uwolnić się od bólu i stworzyć nowe wspomnienia.

Chodziłem po plaży, jeździłem na rowerze, oglądałem zachód słońca i wschód księżyca. Rozmawiałem z obcymi, mając nadzie­ję, że spotkam piękną, wspaniałą kobietę, która sprawi, że znów będzie mi się chciało żyć. Wszystkie te czynności i fantazje po­mogły mi uwolnić się od wspomnień i stworzyć nowe. W Nantucket robiłem dużo zapisków w dzienniku. Oto notatka z Siasconsett z połowy maja, po dwóch dniach mojego pobytu.

…Szary dzień.

Zimna bryza jak w listopadzie.

Wszędzie pąki na drzewach i kwiaty zwracające się ku słońcu wśród zielonej trawy.

Dzisiaj po raz pierwszy zobaczyłem błękitnika. Przez ostatnie dwa dni widziałem kardynały, przepiórki, czerwonoskrzydłe kosy, gołębie, błękitne sójki, bażanty, gęsi, indyki i kilka ptaków, któ­rych nie rozpoznałem. Słyszałem za oknem przepiorą i widziałem króliki florydzkie.

…Pomyślałem o Lorenie (moim bracie) i zapragnąłem śmiać się z nim.

Chodziłem po plaży i zbierałem to, co wyrzuciło morze: głów­nie wodorosty, jednego małego kraba i muszelkę małża morskie­go. Pięknie do siebie pasowały.

Kiedy w niedzielę przyjechałem do Siasconsett, poszedłem na spacer brzegiem morza. Księżyc odbijający się w spokojnej toni przez sekundę dał mi uczucie, jakbym z Ziemi dosięgał wszech­świata. Po cichu podziękowałem Bogu za tę z pewnością najpięk­niejszą z planet.

Z perspektywy czasu interesujące jest dla mnie ponowne czy­tanie tych wpisów i zrozumienie, iż mimo że pamiętam smutek i rozpacz, oczywiste jest, że podróż do Nantucket podniosła mnie na duchu. Było to przebudzenie i odnowienie mojej więzi z ży­ciem. Spacer po plaży w świetle księżyca Abraham Maslow na­zwałby ?szczytowym doświadczeniem”. Wstrząsnęła mną wte­dy siła poczucia bycia sam na sam ze wszechświatem. Oto inny fragment tego samego wpisu.

Wszystko jest w porządku. Księżyc wciąż steruje pływami, oświetla niebo i odbija się w wodzie. Żyję i chodzę sobie po plaży, po zdrowej i pięknej planecie… Wszystko jest na swoim miejscu.

Innym sposobem pisania dziennika, jaki praktykowałem w Nan­tucket, było pisanie listów do Sally. Nie miałem zamiaru ich wysy­łać – pozwalały mi za to jasno i bezpośrednio wyrażać uczucia. Był to głos do tej pory tłumiony. Dzięki tym listom mogłem uświado­mić sobie, jak piękne uczucie nas łączyło, i pożegnać się. W jakiś sposób, oddając cześć naszej miłości, przestałem kurczowo trzy­mać się przeszłości.

Powrót na tę rajską wyspę bez ciebie jest bolesny, a jednocze­śnie uwielbiam tu być. W jakiś dziwny sposób mój ból łagodnieje. Ogrzewa mnie wspomnienie naszej miłości… To jest jak uwolnie­nie się od rozpaczy, którego potrzebuję, by dojść do siebie.

Dwa dni później napisałem w dzienniku:

Myślałem o Sally i zastanawiałem się, jak mogliśmy stracić tak cenną miłość. To było jak niebo – ja nadal w nim jestem, tylko jej już nie ma. Dziwna układanka. Być może przeceniałem ją lub nasz związek. Być może pojawiła się w niej jakaś skaza, zmiana w jej osobowości, która odsunęła ją od naszej miłości.

Prowadzenie dziennika było intymnym i bezpiecznym sposo­bem odkrywania siebie i swoich uczuć. Mogłem pozwolić sobie na odczuwanie smutku, jak również na dopuszczenie głosu na­dziei, który zapewniał mnie, że znajdę nową miłość. Wyrażanie tych często sprzecznych głosów dało mi jaśniejsze i pełniejsze spojrzenie na siebie.

Nantucket było symbolem wszystkich romantycznych waka­cji, które spędziłem z Sally. Teraz mogłem zerwać ze wszystkimi skojarzeniami, które wywoływało to miejsce. Był to rodzaj odłą­czenia, które intuicyjnie zastosowałem na drodze do uzdrowie­nia. Tworzyłem nowe skojarzenia.

Żółte lampy i psy Pawłowa

Nie było ucieczki od tych rzeczy. Oboje nadal mieszkaliśmy w tym samym małym mieście, a jej nowe mieszkanie znajdowało się przy ulicy, którą regularnie jeździłem. Gdy je mijałem, naj­bardziej denerwowały mnie dwie żółte lampy na werandzie. Wy­dawało mi się, że zawsze się świecą i że zaraz zeskoczą z weran­dy i mnie złapią. Nie mogłem przestać zastanawiać się, co robiła Sally.

Czy była w domu?

Czy ktoś był z nią?

Czy była szczęśliwa?

Czy tęskniła za mną?

Czy chciałaby, żebym do niej wpadł?

Zaczęło mnie to wkurzać, chciałem pójść i zgasić te cholerne lampy. Dobrze sobie radziłem, gdy nie wspominałem i nie zasta­nawiałem się nad jej odejściem. Czułem się lepiej, kiedy byłem skupiony na bieżących sprawach i ludziach w moim życiu. Chcia­łem zamknąć za sobą przeszłość. Żółte lampy werandy mnie przy­bijały. Dotarło do mnie któregoś dnia, że byłem od nich uzależ­niony i nie dużo bardziej odporny na prawa stymulacji i reakcji niż psy Pawłowa.

Uświadomienie sobie tego pomogło mi się wyzwolić. Byłem zdolny stanąć obok i zobaczyć siebie kontrolowanego przez dwie żarówki. Śmiałem się z siebie, wyobrażając to sobie. Przyznanie tego przed sobą umożliwiło wyrwanie się z ich szponów. Niedłu­go potem ich przyciąganie zniknęło i więcej nie zwracałem na nie uwagi, przejeżdżając obok. Znów stały się po prostu tym, czym były: dwoma lampami.