Archive for the ‘Bliskość i strata’ Category

Szok i niedowierzanie

Nasza rozłąka była dla niej, jak się okazało, możliwością zro­bienia sobie przerwy i podjęcia decyzji, która – jak podejrzewam – była dla niej bolesna i trudna, ale na pewno i ekscytująca. Sally otwierała się na nowe możliwości, co oznaczało również nowe związki.

O swoim postanowieniu powiedziała mi przez telefon:

Rozwijam się w nowych kierunkach i miło spędzam czas. Spo­tykam się od jakiegoś czasu z nowym znajomym, wiesz, jest bar­dzo inteligentny, wysportowany i…

Gdy to usłyszałem, musiałem aż usiąść, tak mną wstrząsnęło! Poczułem, jakby ktoś uderzył mnie obuchem w głowę. Byłem właś­nie u mojego brata i jego żony, a Sally miała przyjechać za dwa dni, by ich poznać. Zależało mi, by ją polubili. Powtarzałem so­bie, że gdy przyjedzie, poczuje, jak ją kocham i przypomni sobie, jak nam razem dobrze, a wszystko znów będzie w porządku.

Czekanie na jej przyjazd przez kolejne dwa dni było dla mnie koszmarem. Stanąłem przed dylematem: nie wiedziałem, czy się nie złamię i nie opowiem o swoich obawach bratu, nie chciałem jednak, żeby wpłynęło to na jego zdanie o kobiecie, z którą planowałem prze­cież spędzić resztę życia. Zadecydowałem ostatecznie nie mówić nic nikomu i to jeszcze wzmogło mój ból.

Nie sądziłem, że John i Chris zrozumieliby to; przypuszczałem, że mieliby jedynie więcej nadziei, że wrócę do ich matki. W każdym razie czułem się zagubiony a bardzo się bałem, żeby okazać swoje uczucia. Byłem bardzo smutny i cały czas starałem się to ukryć.

Chowałem się za tą maską aż do chwili, gdy Sally i ja mieli­śmy czas na to, by zastanowić się, co dalej. Przyjechała do Van­couver, tak jak było ustalone, i przed wszystkimi udawaliśmy, że wszystko jest w porządku. Wtedy wydawało mi się, że wszystko, czego potrzebujemy to czas, by jakoś to sobie poukładać. Nasza podróż przez Kanadę z Johnem i Chrisem była mieszanką rado­ści i obawy, ponieważ czułem, że nie wszystko było jak dawniej. Sally się zmieniła i gdy tylko wróciliśmy do domu, potrzeba roz­wiązania problemu wysunęła się na pierwszy plan. Po kilku ty­godniach stało się jasne, że chce się wyprowadzić. Poczułem się tak ogołocony, jak drzewa w New Hampshire w zimie.

Upadek

Cóż więc takiego się stało? Jak tak głębokie uczucie mogło wygasnąć? To jest trudne pytanie, na które trzeba odpowiedzieć, jeśli chce się wrócić do całkowitej równowagi. Ponieważ kwestia ta jest naprawdę skomplikowana, szerzej wyjaśni ją rozdział dzie­wiąty, w którym mowa będzie o potrzebie zrozumienia.

W każdym związku, raz na jakiś czas, wzrasta napięcie. W tych trudnych momentach wspólny taniec nie utrzyma zażyłości i har­monii. Jeśli problemy trwają przez dłuższy czas, wzrasta poczu­cie utraty kontroli nad sytuacją.

Kiedy Sally i ja postanowiliśmy razem zamieszkać, w pew­nym stopniu byliśmy w stanie przewidzieć, że problemy, jakim przyjdzie nam stawić czoła, nie będą łatwe:

  • Formalności związane z moim rozwodem nie były zakoń­czone.
  • Moi czterej synowie byli dla mnie najważniejsi.
  • Sally znalazła się w roli macochy, w której nie czuła się naj­lepiej; była jedynie częściowo akceptowana, ponieważ moi syno­wie zawsze stali po stronie ich matki.
  • Sally, decydując się na zamieszkanie ze mną, musiała po­rzucić karierę i swój dawny dom.

Jednak nawet w obliczu tych ciemnych chmur na horyzoncie, z których pewne dało się wcześniej zauważyć, zamieszkaliśmy ze sobą z ostrożnym optymizmem. Tak bardzo idealizowałem nasz zwią­zek, że żyłem jak w bajce, licząc na to, że dotknięcie magiczną różdż­ką w mig nas uratuje. W rzeczywistości nic takiego się nie wydarzy­ło, a sprawy nie układały się tak, jak sobie to wyobrażałem.

Oboje zainwestowaliśmy w budowę domu, który był zapisany na mnie. Pracując na pełen etat, a jednocześnie starając się two­rzyć udany związek z Sally i być dobrym ojcem dla moich synów, byłem ciągle zestresowany. Wciąż sobie powtarzałem, że kiedy tylko wybudujemy dom i się wprowadzimy, reszta potoczy się jak w bajce i będziemy żyć długo i szczęśliwie.

Pamiętam, że kiedy pierwszej nocy w nowym domu nie kocha­liśmy się, pomyślałem, że gdy tylko na dobre się zadomowimy, wszystko będzie dobrze. To niesamowite, jak to uspokajanie sa­mego siebie ochroniło mnie przed bólem, z którym bym sobie nie poradził. Seks był dla nas zawsze rytuałem. Dom był naszym gniazdkiem, a jego ukończenie sygnalizowało, że byliśmy już znacznie bliżej spełnienia naszego marzenia. Gdy nie mogliśmy się z tego w pełni cieszyć, w mojej głowie zalęgło się mnóstwo wątpliwości. Był to jasny sygnał, że stworzenie tego gniazdka było marzeniem moim, nie Sally. Byłem tak skoncentrowany na ra­dzeniu sobie z codziennymi obowiązkami i na budowie domu, że nie zauważyłem sygnałów, które od wielu tygodni mi wysyłała, próbując dać do zrozumienia, że ma wątpliwości co do naszego wspólnego życia. Czułem, że zatrzymanie się nad jej wątpli­wościami odsunie mnie od momentu stworzenia nowego domu.

Z perspektywy czasu widzę, że oznaki naszych kłopotów były bardzo widoczne: zapewnienia o miłości zastąpiły krytyczne uwagi i wątpliwości. Mój system wyparcia był tak zintegrowany z opty­mizmem, że przez kilka miesięcy unikałem spojrzenia tej brutal­nej prawdzie w oczy. Zlekceważyłem narastającą depresję Sally i wahania nastrojów związane z pustką, jaką odczuwała po po­rzuceniu pracy, w której była specjalistą w skali kraju. To był nasz szósty rok razem, a mieszkaliśmy ze sobą niewiele ponad rok.

Udało mi się dostać posadę nauczyciela w Kolorado i ustali­liśmy, że na początek Sally dołączy do mnie na sześć tygodni wa­kacji razem z moimi młodszymi synami, Johnem i Chrisem. Jed­nak w ostatniej chwili przed Sally pojawiła się szansa na zajęcie stanowiska tymczasowego dyrektora agencji planowania rodziny. Postanowiła zostać w domu i przyjechać później, do Vancouver, na ostatni etap podróży po Kanadzie. Nie widzieliśmy się przez cztery tygodnie – najdłużej, odkąd spotkaliśmy się prawie sześć lat wcześniej.

Przez pierwsze dni rozłąki chciała, żebym często do niej dzwo­nił. Podobał mi się ten pomysł, czułem się potrzebny i kochany. Po zaledwie dwóch tygodniach w rozmowach telefonicznych z Sally słyszałem już inny ton.

Kilka słów o mojej historii

W naszym związku dojrzeliśmy z Sally do doświadczenia głę­bokiej, duchowej miłości. Odważyliśmy się dzielić ten sen. W tym wspólnym doznaniu oboje dawaliśmy i braliśmy maksimum sie­bie. Nasza miłość była przepełniona radością i dawała nam takie poczucie spełnienia, że oboje pracowaliśmy nad tym, żeby ją pod­trzymywać wśród innych życiowych spraw i osób, istniejących w naszym życiu: pracy, przyjaciół, rodziny.

Dzieląc to głębokie uczucie, zdawaliśmy sobie sprawę, że jego fundamentem jest nasza przyjaźń. W niej natomiast najważniej­sza była radość dzielenia życia oraz chęć wspólnego starania się, dopasowania, pójścia na kompromis i wspierania się. Byliśmy otwarci na komunikację, dzięki której oboje czuliśmy się bezpiecz­nie, dzieląc się naszymi przemyśleniami i uczuciami, bez obawy bycia ocenianym czy krytykowanym. Czułem się w pełni akcepto­wany jako osoba.

Razem z Sally cieszyliśmy się tą głęboką, duchową miłością przez większa część sześciu lat spędzonych razem. Nie oznacza to wcale, że nie mieliśmy żadnych problemów – owszem, pojawiały się, ale radziliśmy sobie z nimi w najprostszy sposób i z najwięk­szą miłością, na jaką było nas stać. Przez większość wspólnego bycia razem znajdowaliśmy się w błogim stanie, jakbyśmy unosi­li się nad ziemią. Nie było w tym naszych świadomych starań. Pewnego razu tańczyliśmy w kuchni przy muzyce dobiegającej z radia. Gdy przestała grać, tańczyliśmy dalej przez jakiś czas, zanim zorientowaliśmy się, że tańczymy przy wiadomościach. Ro­ześmialiśmy się i wróciliśmy do szykowania posiłku. Bycie ra­zem, przebywanie w swoim towarzystwie dawało nam taką ra­dość, że zwykłe czynności, jak robienie zakupów czy przygoto­wywanie jedzenia, były dla nas doskonałą zabawą. Emanował z nas optymizm; było nam dobrze ze sobą i czuliśmy, że możemy wpływać na to dobre samopoczucie, które pchało nas ku sobie. Uważaliśmy je za połączenie dusz i podchodziliśmy do niego z wiel­kim pietyzmem.

Tak się złożyło, że oboje byliśmy osobami bardzo optymistycz­nie nastawionymi do życia. Gdy byliśmy osobno lub przeżywaliś­my ciężkie chwile, to właśnie wiara w lepsze jutro dawała nam siłę. Zanim zamieszkaliśmy razem, dzwoniliśmy do siebie codzien­nie lub pisaliśmy maile. Dawało nam to siłę i poczucie bezpie­czeństwa. Wiadomość zawsze mówiła: ?Tęsknię za tobą, możesz na mnie liczyć, pragnę być z tobą, by cieszyć się naszą miłością”.

Taniec jedności

Istnieje wiele poziomów rozwoju każdego związku. Podeks­cytowanie, które towarzyszy poznaniu atrakcyjnej osoby i odkry­ciu, że samemu też jest się dla niej atrakcyjnym, jest jednym z najbardziej niezwykłych uczuć, jakich możemy doświadczyć. Już w tym początkowym okresie istnieje między dwoma osobami ?dobra chemia”. Nie jest to tylko poetyckie określenie – rzeczywi­ście w organizmie zachodzą silne procesy chemiczne, gdy docho­dzi do głosu głęboko skrywane pragnienie bycia blisko z drugim człowiekiem. Fizyczny pociąg jest ziarenkiem, z którego może wykiełkować głębsze uczucie. Dążenie do złączenia się z drugą osobą nie jest tylko seksualnym czy zmysłowym pragnieniem – mimo że takie odczucia są pierwszym znakiem zafascynowania – ponie­waż z niego może rozwinąć się głęboka miłość duchowa. Chęć bycia blisko szybko pojawia się w fazie poznawania. To niezwy­kle radosny okres, gdy czujemy, że dzieje się coś wspaniałego. Taki stan nazywamy ?zakochaniem”. Wtedy porzucamy wszyst­ko, co nas powstrzymywało, i otwieramy swe serce na oścież.

-Interesujące jest to, że serce jest tak uniwersalnym symbolem miłości. Jest tak dlatego, że kojarzymy je z siłą życia. Radość, uniesienie i spokój są doświadczeniami odczuwanymi sercem, które pełniej poznajemy w bliskości z partnerem. To za tymi uczu­ciami tęskniliśmy, odkąd tylko poczuliśmy się samotni.

Szczęście, które odczuwamy, będąc z kimś, jest głębszym i moc­niejszym uczuciem, niż to, którego moglibyśmy doświadczyć, bę­dąc sami. To uczucie jest zbyt ulotne, by można je wyjaśniać na­ukowymi sposobami. Najlepiej potrafią uchwycić je poeci i auto­rzy tekstów piosenek. Niemożliwe jest pokazanie tak zdumiewa­jącego zjawiska na żadnym wykresie, jednak mam nadzieję, że tabela przedstawiona poniżej pomoże ci zobaczyć, że każdy zwią­zek pogłębia się wraz z rozwojem obojga partnerów i tym, co wno­szą do niego. Jak we wszystkich dziedzinach życia, chodzi o to, by z czasem otwierać się na drugiego człowieka coraz pełniej.

Bliskość i strata

Kiedy zacząłem spotykać się z Sally, miałem ochotę tańczyć. Coś we mnie chciało żyć na jawie, a nie tylko śnić o bliskości, wspólnej radości, uniesieniach. Chciałem poznać się głębiej. Otwo­rzyłem się na miłość, jakiej obawiałem się wcześniej. Było we mnie wewnętrzne pragnienie więzi z drugą osobą, któremu ufałem i za którym podążałem. A Sally razem ze mną dała się ponieść temu tańcowi, który przebudził nasze dusze.

Nasze serca złączyły się w radości, która przekraczała zwy­kłe pojmowanie tego uczucia. Był to taniec szczęścia ze znalezie­nia pokrewnej duszy, której szukało się całe życie. Dążenie do łączenia się w pary jest podstawowym instynktem wszystkich form żywych, również zwierząt. To więcej niż genetyka, to egzysten­cjalne pragnienie, by stać się pełniejszą istotą. Wynika ono z we­wnętrznego przekonania, że możemy doświadczyć w życiu wię­cej, będąc z kimś, niż żyjąc sami. To pragnienie realizowania się i uzupełniania się nawzajem. Chęć otworzenia swojej duszy na drugiego człowieka jest tak naturalna, jak to, że roślina kieruje swe liście ku słońcu. Poszukiwanie spełnienia jest naszą ducho­wą podróżą, a miłość – najpełniejszym wyrazem nas samych w związku. Szukamy miłości, by żyć pełniej.

Chęć związania się z drugą osobą wynika również z dążenia do uniknięcia bólu, który odczuwamy w samotności. Samotność jest ciemną stroną intymności, której szukamy. Każdy z nas po­trzebuje czasu tylko dla siebie, by pobyć samemu ze sobą, określić swoje życiowe cele i przemyśleć ważne sprawy, ale nikt z nas tak naprawdę nie chce żyć w pojedynkę. Samotność zdaje się mówić:

Chcę przeżywać życie u boku bliskiego partnera.

Tęsknię za dzieleniem mojego życia z drugą osobą.